- Tak? słucham...
- Dobry wieczór, czy rozmawiam z Isabellą Swan.
- Tak, a o co chodzi?
- Panno Swan, pani rodzice mieli wypadek samochodowy.
- Co?! - Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież Charlie był takim rozważnym kierowcą.
- Pani rodzice nie żyją. Bardzo panience współczuję.
- Gdzie oni są? - Spytałam roztrzęsiona.
- Są w miejscowym szpitalu.
- Dziękuję za informację, zaraz tam będę. Do widzenia. -Rozłączyłam się.
- Sidney! - Zawołałam. - Muszę pojechać do szpitala moi rodzice mieli wypadek. - Złapałam szybko torebkę i kluczyki od samochodu i wybiegłam z domu. Wsiadłam do auta i przekraczając dozwoloną prędkość pojechałam do szpitala. Zaparkowałam na szpitalnym parkingu i wbiegłam do budynku. Pielęgniarka z recepcji powiedziała mi dokąd mam iść. Gdy tam doszłam zobaczyłam naszą gosposię, była zapłakana. Gdy do niej podeszłam uściskała mnie.
- Tak mi przykro kochanie. Twoi rodzice byli bardzo dobrymi ludźmi. - Też się rozpłakałam. Nie wyobrażałam sobie świata bez rodziców.
- Bella?
Odwróciłam się i zobaczyłam lekarza. Miał blond włosy i bardzo jasną cerę. Rozpoznałam w nim doktora Carlisle'a Cullen'a. Był przyjacielem mojego ojca, a z jego rodziny poznałam tylko jego żonę Esme.
- Doktor Cullen. O co chodzi?
- Bello chciałbym z tobą porozmawiać. - Spojrzałam na gosposię.
- Mógłby pan poczekać z 15 min? Chciałabym odwieźć panią Therese do domu.
- Oczywiście. Będę czekać na ciebie w moim gabinecie.
- Dobrze, dziękuję. - Wyszłyśmy na zewnątrz i wsiadłyśmy do mojego samochodu. Podjechałyśmy pod dom pani Theresy. Odprowadziłam ją pod drzwi.
- Dobre z ciebie dziecko. - Powiedziała. - Rodzice dobrze Cię wychowali.
- Dużo zawdzięczam pani. - Uśmiechnęła się do mnie i pocałowała mnie w policzek.
- Dobranoc słoneczko.
- Dobranoc. - Gosposia weszła do domu, a ja skierowałam się w stronę samochodu. Gdy byłam już przy furtce usłyszałam krzyk kobiety. Szybko zawróciłam i wbiegłam do jej domu. Leżała nie ruchoma na podłodze, a oczy miała nieprzytomne. Uklękłam przy niej by sprawdzić puls, ale wtedy zauważyłam na jej szyi dwie okrągłe ranki, z których wypływała krew. Wystraszona wstałam i cofnęłam się pod ścianę. Nagle usłyszałam śmiech. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam mężczyznę. Miał brąz włosy i jasną cęrę. Taką samą jak Carlisle, jednak to nie był on. Mężczyzna miał długie włosy związane w kucyk.
- Po jakiego diabła to zrobiłeś?! - Krzyknęłam.
- Byłem głodny, a ona nie wyglądała, żeby miała coś przeciwko. - Szturchnął stopą dłoń kobiety. Nie mogąc wytrzymać rzuciłam się na niego, jednak on przygwoździł mnie do ściany. Syknęłam z bólu.
- A tak przy okazji, jestem James - szepnął mi do ucha. Na chwilę zamarł. - Ty suko! Pożałujesz, że sprowadziłaś swoich przyjaciół!
- O kogo Ci chodzi?!
- O Cullenów. - Poczułam jak jego usta dotykają mojej szyi, a potem straszny ból. Pieczenie w gardle było nie do zniesienia. Chciałam zginąć, poczuć ulgę. Zaczęłam krzyczeć, ale po jakimś czasie przestałam bo zrozumiałam, że to i tak nic nie da. Już nie tylko gardło mnie piekło, ale wszystko. Miałam wrażenie, że moje serce ściga się z ogniem, który we mnie płonął. Nie wiem jak długo płonęłam, ale trwało to strasznie długo. W pewnym momencie ogień zaczynał znikać, a serce coraz mniej bić. W końcu nie czułam już bólu, ale serce uderzało w bardzo wolnym tempie. I ono przestało bić. Myślałam, że umarłam. Gdy otworzyłam oczy znajdowałam się w jakimś zupełnie mi nie znanym pokoju. Ściany i sufit były białe, a ja leżałam na jakimś łóżku. Pościel była beżowa. Zamiast jednej ze ścian było wielkie okno. A na reszcie ścian wisiały zdjęcia i jeden obraz. Zdziwiłam się bo te zdjęcia przedstawiały mnie i Charliego oraz Renee.
- Jak nie w niebie to gdzie ja jestem? - Pomyślałam. Do tej pory leżałam więc usiadłam. Zobaczyłam, że w jednym z foteli siedzi jakiś chłopak. Był mniej więcej w moim wieku i nieziemsko przystojny. Jego włosy nie były ani kasztanowe, ani rude tylko coś pomiędzy.
- Gdzie ja jetem?! Co ja tu robię?! - Spytałam chłopaka.
- Uspokój się Bello, zaraz się wszystkiego dowiesz. - Odpowiedział mi.
- Jak mam niby być spokojna?! Skąd znacz moje imię?! I Kim dy do jasnej cholery jesteś?! - Wtedy do pokoju wszedł doktor Culen.
- Bello uspokój się. - Powiedział Carlisle. - To jet mój syn Edward. - Zerknęłam na chłopka
- Dobrze, ale nich mi pan powie gdzie ja jestem?
- Po pierwsze mów mi Carlisle, po drugie jesteś u mnie w domu, w Forks w stanie Waszyngton.
- Ahmm... Co ja tu robię?
- Bello to co Ci teraz powiem to najprawdziwsza prawda. Zostałaś zaatakowana przez mężczyznę, a on Cię ugryzł, prawda?
- No, tak...
- Mężczyzna ten jest wampirem, a to, że Cię ugryzł i nie wypił twojej krwi spowodowało, że też jesteś wampirem. - Patrzyłam na Carlisle'a zszokowana.
- Ale... ale skąd o tym wiesz?
- Widzisz... Moja rodzina i ja... My też jesteśmy wampirami. - Spojrzałam na Edwarda, a potem znów na doktora.
- Bello to co mówię jest najprawdziwszą prawdą.
- No... dobrze, ale gdzie mój samochód?
- Stoi w garażu. - Skinęłam tylko głową i ruszyłam w stronę drzwi.
- Zaraz, dokąd idziesz?
- Chcę jechać do domu...
- Bello... poczekaj chwilę. Pamiętasz, że tamtego wieczoru chciałem jeszcze z tobą porozmawiać?
- Taaak...
- Więc chciałem Ci wtedy zaproponować, żebyś zamieszkała ze mną i moją rodziną.
- Wow... nie wiem co powiedzieć. - Zerknęłam na Edwarda.
- Zgódź się. - powiedział bezgłośnie.
- No dobrze. Z chęcią z wami zamieszkam. - Wtedy do pokoju weszła jakaś dziewczyna.
- Cześć Bello. Jestem Alice. Będziemy najlepszymi przyjaciółkami pod słońcem.
- Alice... - Powiedział Carlisle z przyganą w głosie.
- No co? Miałam wizję. - Spojrzałam na nią zaskoczona. Wizję? Jaką znowu wizję.
- Bello, zaraz Ci to wyjaśnię. - Carlisle próbował pomóc mi to ogarnąć - Widzisz niektóre wampiry mają dodatkowe umiejętności. Alice widzi przyszłość. Jasper potrafi zmanipulować nastrojem, a Edward potrafi czytać w myślach. - Spojrzałam na chłopaka wystraszona.
- Hej, nie patrz tak na mnie. - powiedział - Nie wiem dlaczego, ale akurat twoich myśli nie mogę przeczytać. - Skrzywił się, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie.
- A... Ile żyją wampiry. - spytałam prosto z mostu.
- Wieczność. - Odparł Carlisle.
- W... wieczność?
- No tak, jeśli chcą się zabić muszą poprosić innego wampira lub sprowokować Volturi, ale to wyjaśnię Ci później.
- Czy jest coś jeszcze co muszę wiedzieć?
- Tak. Nie możemy pokazywać się na dworze w zbyt słoneczne dni, bo wtedy skóra zaczyna się nam iskrzyć. Chyba nie powiesz, że wtedy nie wyjdzie na jaw kim jesteśmy... A i musisz wiedzieć, że moja rodzina nie poluje na ludzi tylko na zwierzęta. No to już wszystko.
- Rozumiem. W takim razie mogę pojechać po swoje rzeczy i na pogrzeb rodziców?
- Też chciałbym być na ich pogrzebie. Może pojechalibyśmy wszyscy razem? - zwrócił się do swojej, no od teraz też poniekąd mojej rodziny.
- Tak. - Powiedzieli chórem.
- Bello, moglibyśmy zatrzymać się w twoim domu?
- Oczywiście, że tak. Bierzcie co potrzebujecie i jedziemy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz